3/22/2016

Boliwia, La Paz, Chacaltaya i Valle de la Luna

Do La Paz przyjeżdżam niewyspana – dużo miejsca w tych autobusach, ale jakoś tak trzęsą, że wcale się nie wysypiam.... Poza tym jest zimno! Pierwsze o czym myślę wychodząc z autobusu to żeby wyciągnąć moją kurtkę, którą mam na dnie plecaka. Jest około 10 stopni, pada deszcz i jest szaro-buro. W ogóle źle się czuję i to pewnie przemieszanie szoku związanego z wysokością i niewyspania. Zakwaterować się do hostelu mogę dopiero popołudniu więc idę na wycieczkę po mieście – znów nie zachwyca mnie miasto jako tako, o dziwo targi też nie – pewnie dlatego, że mam już za sobą kilka, a poza tym pada i jakoś tak wszystko pozakrywane, bo każdy chroni się przed deszczem. W hostelu tez zimno, cały czas mi zimno.. Wypijam herbatę z koki, potem kupuję ciepły sweter z alpaki, który mnie ratuje od czasu do czasu przez kolejne tygodnie.





Kolejny dzień jest już lepszy - poznaję w hostelu parę osób - tym razem to dziewczyna z UK, która ma prawie 40 lat - rzuciła pracę, sprzedała wszystko co miała, wynajęła mieszkanie i bardzo dużo podróżuje. I chłopak z Kanady, który ma niedługo zacząć wolontariat w La Paz, żeby zająć się uzależnionymi od narkotyków dziećmi. I dla nas wszystkich pierwsze spotkanie z tym miastem, więc wybieramy się na spacer. Zaczynamy od targów. Oprócz pamiątek atrakcją jest tzw. targ czarownic, gdzie można kupić różne zioła czy naturalne lekarstwa na chyba wszystko - do tego wrażenie robią płody lam - po to, aby złożyć ofiarę ku czci Matki Ziemi, która jest niesamowicie ważna w kulturze andyjskiej - nazywa się Pachamama.
r

Przyszłość wróżona z liści koki!
Tu tez targ i jedzenie:


Dalej wybieramy się kolejką na wzgórze El Alto (4100m) - niestety dzień nie jest słoneczny i widok też mógłby być lepszy, szczególnie, że pod stacją jest mała wystawa fotografii z pięknymi zdjęciami kolejki i widoków - mogłoby być tak pięknie z odrobiną słońca...



.... ale widok ogromu miasta i tak robi wrażenie.






Wybieramy się na spacer po okolicy, gdzie nie widzimy za dużo turystów, nasza turystyczna mapa też tego regionu nie obejmuje - ale nam się podoba! Dookoła jakieś dziwne kulty - ogniska, wszyscy siedzą w kręgu... Dalej gdzieś wyczytuję, że wróży się z tarota czy koki. I tu też mały targ - można kupić liście koki.

... albo dalej znów płody lamy czy świece.






Poza tym widzi się tu biedę i nie jest za ładnie, ale tak właściwie jest w większości miejsc w Boliwii. Za to jeśli chodzi o krajobrazy i naturę - ciężko przebić ten kraj.


Cholity raczej nie lubią żeby robić im zdjęcia. Są na to bardzo złe, nawet się trochę boję, więc się ukrywam, albo odwracam dopiero jak przejdą. Czasem zapytam, ale rzadko dostanę zgodę. W przewodniku wyczytałam, że to jeszcze z dawnych wierzeń indiańskich, że zrobienie im zdjęcia to jakby skradzenie części ich duszy, ale czy to prawda... Trochę szkoda, bo fascynuje ich strój. Kolorowy, warstwowe spódnice za kolano, i najważniejszym elementem jest kapelusz - może kosztować nawet i kilka tysięcy dolarów, poza tym podobno sposób w jaki je noszą zdradza czy są mężatkami, czy nie. Takie cholity chcąc pokazać, że są z dobrej rodziny wydają mnóstwo pieniędzy na kapelusz, biżuterię i mają też złote zęby...






Dalej wybieramy się coś zjeść, do miejsca, gdzie znów jesteśmy jedynymi turystami - trochę niepewni, bo prosimy tak jak wszyscy o almuerzo, czyli lunch, ale nie wiemy co to będzie. Ani jaka cena, bo nie ma żadnego menu. Ale jest dobre, syta zupa i kurczak i znów bardzo tanio. To jest śmieszne w Boliwii, czy w Peru, że właściwie cena obiadu to cena Snickersa. Czekolady są bardzo drogie w tym sensie.

Chłopak z Kanady uwielbia jeździć na desce, więc zna i bardzo chce odwiedzić miejsce, które okazuje się dość oryginalne - Pura Pura skatepark - cały wykonany ręcznie przez wolontariuszy z różnych krajów. Po drodze mijamy jeszcze cały mur z grafitii.





Wieczorem dla odmiany idziemy do restauracji i próbujemy jak smakuje lama. Dobre hamburgery z lamy! A potem idziemy na boliwijską dyskotekę napić się piwa i zobaczyć jak bawią się boliwijczycy. Chociaż piwo w Boliwii jest bardzo drogie porównując do innych lokalnych cen i obserwujemy, że jesteśmy niemal jedynymi, a większość bawi się przy soku pomarańczowym! Poza tym mają tu dj który w trakcie piosenek cały czas daje swój komentarz, czasem cały czas tłumaczy angielskie piosenki na język hiszpański. Trochę nas denerwuje, ale dla Boliwijczyków widocznie jest potrzebny, bo gdy tylko przestaje - zabawa też się zatrzymuje i wszyscy wracają do stolików :) 

Inny z kolei wieczór wybieram się też na wrestling boliwijskich cholit - bo właśnie te panie, które sprzedają w dzień na targu, czasem w wolnym czasie trenują i potrafią się niezłe bić. Pokaz był trochę turystyczny, kiedyś oglądałam program Martyny Wojciechowskiej i wydawało mi się to wtedy bardziej na serio, ale mimo wszystko, warto zobaczyć!

Głównie biją się cholity, ale nie tylko.

Generalnie nie jestem zadowolona z pogody, więc odpuszczam dalsze zwiedzanie i decyduję się wyjechać do Copacabany - nad jezioro Titicaca i wrócić po jakimś tygodniu z nadzieją na lepszą pogodę. Wracam znów na 2 dni, ale dalej czuję się tu dziwnie- znów jest zimno i deszczowo, szaro-buro i ze spalinami. Tyle jest aut w La Paz, tyle spalin, że często, aż wstrzymuje oddech przechadzając się ulicami.. :( Zamiast większego spaceru czy wyjazdu na El Alto kolejny raz (bo raczej nie ma co liczyć na dużo lepszy widok) - wybieram się tylko na inny - jeden z wielu punktów widokowych miasta.




 Resztę dnia wykorzystuję na to co najlepsze w takich okolicznościach – zakupy. Zaopatruję się znów w ciepłe rzeczy - czapkę i ciepłe skarpety z myślą o wyprawie do Uyuni, ale wykorzystuję je już w kolejny dzień bo wybieram się na górę Chacaltaya! Zaledwie 35km od La Paz znajduje się ta ponad 5000m góra – w łatwy sposób można więc zdobyć wysoki szczyt. Jeszcze do 2009r na szczycie znajdował się lodowiec, ale stopniał. Z roku na rok coraz mniej też śniegu. Wcześniej była tu stacja narciarska – najwyższa na świecie! Teraz opuszczona. Wiele osób wybiera się tu z La Paz żeby zobaczyć śnieg, dla mnie to wysokość była atrakcją. Wjeżdżamy prawie pod sam szczyt, już stamtąd piękne widoki, ale wspinamy się w górę jeszcze ostatnie 200m. Wysokość i śnieg sprawia, że szybko się męczę, ale muszę być już dobrze zaaklimatyzowana, bo nie odczuwam żadnych innych dolegliwości związanych z wysokością.







Widoczność nie najlepsza, od czasu do czasu mgła zasłania wszystko, ale za chwilę się rozjaśnia i można zobaczyć (kolorowe jeziora – od minerałów) czy szczyt Huayna Potosi.







Potem jeszcze Valle de la Luna, czyli dolina księżycowa, tak nazwana przez samego Louis'a Armstronga - przedsmak tego co będzie mnie czekać w Chile. Piękne formacje skalne :) I też dość szybka zmiana temperatury - od zimy na szczycie, bo dość ciepło i duszno w dolinie. 

Samo La Paz mnie nie zachwyciło, ale zrobiłam tu dobre zakupy, no i cieszę się ze zdobytego szczytu. Opuszczam La Paz i znów czeka mnie całonocny przejazd, tym razem do Sucre – nie bardzo mogę spać, za to zaczynam podziwiać gwiazdy, bo na tej wysokości wydają się niesamowicie blisko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!