3/24/2016

Boliwia - Sucre i Potosi. Ślady dinozaurów i górnicy!

Docieram do Sucrev – stolicy (bo La Paz jest tylko siedzibą rządu, ale stolicą zostaje Sucre). Istnieje opinia, że to najładniejsze miasto Boliwii, zdecydowanie najbardziej zorganizowane, jakieś takie czyste i spokojne. Większość budynków jest bielona, dużo zieleni a dookoła góry. Poza tym wreszcie jest ciepło i słonecznie. Zdecydowanie nie poświęcam miastu wystarczającej ilości czasu, ale spieszy mi się dalej i dalej, tyle jeszcze przede mną, a czas w podróży tak szybko mija.



 Miejski targ punktem obowiązkowym.





Wybieram się właściwie tylko na krótki spacer po mieście i wzgórze La Recoleta, żeby mieć widok na miasto. 
 

 Próbuję załatwić sobie wycieczkę na kolejny dzień – ale znów za bardzo szkoda mi czasu na kilkudniowy trekking w okoliczne góry i wioski – podobno można zobaczyć malowidła naskalne czy ślady dinozaurów w górach, ale ciężko jest zebrać grupę. Wybieram się więc tylko do miejsca Parque Cretacico, gdzie odkryto nie tak dawno zaschnięte ślady dinozaurów. Jadę je zobaczyć!




 Z Sucre wybieram się dalej – do Potosi, czyli miasta srebra, bo tu znajduje się kopalnia, z której Hiszpanie wywodzili dla siebie srebro. Do dziś górnicy pracują tu w bardzo ciężkich warunkach, 10 albo i więcej godzin, bez dostępu do świtła, wśród pyłu, a średnia ich życia to jakieś 45-50 lat. Do kopalni organizowane są wycieczki, na które wiele osób wybiera się z prezentem dla górników, jakim jest alkohol, liści koki. Nad samym miastem góruje więc ta bogata w srebro góra – Cerro Rico, a samo miasto też jest dość urocze, chociaż trochę surowe.

Znów nie chcę tracić za dużo czasu, poza tym czeka mnie jeszcze 5h podróż do Uyuni, gdzie chcę jeszcze dojechać przed zmrokiem, żeby znalezc sobie miejsce do spania i biuro na wyprawę na pustynię solną. Trochę zmylona informacją z biura informacja turystycznej spieszę się na popołudniowy autobus – nie mam więc też dla Potosi zbyt dużo czasu. Spaceruję uliczkami, 

Wybieram się też zobaczyć klasztor Franciszkanów, bo w cenie biletu zwiedza się katakumby jeszcze z czasów kolonialnych i wchodzi się na dach budynku, skąd jest niesamowity widok na miasto.

Nie mam czasu ani bardzo ochoty zwiedzać kopalni. Kilka osób, które poznałam w drodze opowiadało mi o tej wycieczce ze szczegółami, więc właściwie wiedziałam dobrze czego się spodziewać. Tego, że w wielu miejscach jest bardzo, bardzo ciasno. Tego, że przed wejściem pije się alkohol dla odwagi. Że w pewnym momencie jest bardzo ciemno i nawet trochę strasznie. Że dookoła słychać huk, od dynamitu i właściwie nie jest się pewnym czy jest się bezpiecznym. Do tego widzi się wszędzie figurki diabła, bo wierzy się, ze tu, tak głęboko pod ziemią Bóg nie pomoże. Poza tym poznaje się górników i ich osobiste historie. Ja wybrałam się tylko bliżej samej góry Cerro Rico i chciałam zobaczyć tutejszy targ górników, na którym zakupić można różne akcesoria górnicze, prezenty dla górników, czyli właśnie alkohol, liście koki, ale i dynamit. Z tym, że nie miałam dobrej mapy, a pytając ludzi o kierunek i tak jakoś tam nie trafiłam. 

 

 


Droga do Uyuni jest znów malownicza, całą Boliwia jest niesamowicie bogata w krajobrazy. Znów śmieszy mnie scena z autobusu – co jakić czas zatrzymujemy się i kierowca wpuszcza panie, często ze swoimi dziećmi, te przechadzają się, żeby sprzedać coś do jedzenia/picia i wchodzą. Albo jeszcze lepsza forma handlu, kiedy autobus w pewnych momentach zwalnia i handlu dokonuje się przez okno, bardzo szybko, bo zaraz autobus rusza i pani musi biec, żeby jeszczcze wymienić towar i pieniądze przez okno... W sekdundę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!