3/12/2016

Peru, Cusco

Ostatnie dni w Puno byłam dość zmartwiona co robić dalej... Jechać do Cusco celem zobaczenia Machu Picchu czy odpuścić Peru i wracać. Pogoda nie zapowiadała się ciekawie, poza tym nie wiedziałam jak mam zaplanować sobie tą wyprawę – każdy kogo pytałam po drodze docierał tam w inny sposób. Kilkudniowy trekking, z agencją, samodzielnie – pieszo. Poza tym dojazd tam i wstęp – wszystko wydawało mi się niesamowicie drogie – do tego nie spotkałam do tej pory nikogo kto ruszałby w tą samą stronę co ja, a miałam już trochę dość bycia samej i organizowania sobie tego wszystkiego. W dość smętnym nastroju, ale pojechałam do Cusco. Znów całonocna podróż i z samego rana do hostelu z ostatnią nadzieją na zorganizowanie wyjazdu do Machu Picchu i poznanie kogoś. Trafiłam do pokoju gdzie poznałam Katherine z Chile, tuż po 4 miesięcznej podróży po Azji – też szuka opcji na ostatnią chwilę do Machu Picchu – na następny dzień! Zgadujemy się więc i szukamy razem!

Do miejscowości tuż pod Machu Picchu – Aguas Calientes można dostać się na różne sposoby – kilkudniowy trekking, Inca trail, albo pociągiem, który jest bardzo drogi, busem i spacerem albo opcja kombinowana – autobusem i pociągiem. I tu można samemu, można z agencją, gdzie ceny bardzo się różnią od jednej do drugiej. Opcja z busem z Cusco i 3h spacerem do Aguas Calientes jest najtańsza jaką znalazłam, bo około 60$ - zdecydowałyśmy się na tą agencję, ale chciałyśmy sobie ułożyć plan dnia i zdecydowanie dłużej zostać ma Machu Picchu, dlatego wybrałyśmy opcję busa z Cusco do miejsca zwanego Hydroelektrownią za Santa Teresa, skąd mieliśmy spacerować do Aguas Calientes ok. 3h, za to wracać postanowiłyśmy po południu pociągiem.Taki pakiet już z biletem do Machu Picchu, lunchem, obiadem, hostelem i przewodnikiem kosztował 130$ - pociąg dobrze podbija cenę - zdecydowałyśmy się. Wyjazd kolejnego dnia – ale o tym będzie osobny post :) 
Sama trochę nie wierzę, że załatwiłam to z dnia na dzień, ale to niski sezon – pora deszczowa – inaczej by się nie dało – na lipiec, sierpień, wrzesień podobno nawet już na niektóre dni brakuje biletów...

Mając za sobą najważniejsze - resztę dnia postanowiłyśmy spędzić na lokalnym targu. Uwielbiam lokalne targi Ameryki Południowej! Ale ten w Cusco był niesamowity - Mercado Central de San Pedro! Jemy dobry obiad – lomo saltado, popularne danie w Peru (wołowina dla odmiany kurczaka, który jest tak bardzo popularny), potem pijemy pyszny sok wyciskany z różnych owoców. I wszystko tak tanio! Nawet 3, 4 albo 5 razy tańsze od tego co oferowane jest w restauracjach. Nigdy w podróży w Europie tak dobrze się nie odżywiałam :) Poza tym można tu kupić wszystko – żaby, które pani na miejscu zabija... różne zioła, warzywa, owoce, pamiątki. Czy po prostu poobserwować, bo jest ciekawie.


Dzień tuż po Machu Picchu jesteśmy zupełnie wyczerpane – więc znów ruszamy na targ - specjalnie po sok owocowy dla dodania energii. Do tego ciasto czekoladowe i napój z quinua, czyli komosy ryżowej, którą tu piją jako napój z owocami. Potem krótka południowa drzemka, potem znów powrót na targ na lunch i jestem już gotowa na zwiedzanie miasta.

Cusco ma wiele do zaoferowania – to dawna stolica państwa Inków. To co można dziś zobaczyć to raczej ruiny, pozostałości, bo prawie wszystko w czasie kolonizacji zostało zniszczone czy przekształcone w kościoły, których tu niesamowicie dużo. Nietknięte, bo nie odnalezione zostało Machu Picchu, ale o tym będzie cały osobny post bo i zdjęć dużo :) 
Cusco bardzo mi się podobało - mnóstwo tu wąskich uliczek, czasem aż wydaje się, że jest się w zupełnie innym, mniejszym miasteczku.








Główny plac miasta - Plaza de Armas.




Wąskimi uliczkami wspinam się na San Blast - z widokiem na miasto.






Kolejne miejsce z bardzo dobrym widokiem na miasto to San Cristobal.







Ostatniego już dnia w Cusco chcę jeszcze zobaczyć ruiny niedaleko miasta - Pukapukara, Tambomachay, Qenqo i Sacsayhuaman. Bilet jest dość drogi, właściwie jak na Machu Picchu... ale pozwala na zobaczenie wielu miejsc, jeśli tylko chce się poświęcić tyle czasu. Po drodze mnóstwo pań i dzieci w lokalnych strojach - zarabiają w ten sposób na zdjęciach.


Pierwsze ruiny - Tambomachay – czyli tu, gdzie mieszkali Inkowie,
Niedaleko stamtąd Pukapuara - ruiny, które były wieżą strażniczą dla Tambomachay. Stamtąd też piękny widok na okolice.

Trochę dalej bardzo ciekawe miejsce - Qenqo – tam liczne labirynty oraz stół, na którym składano ofiary z lamy.




Niedaleko jest też wzgórze z pomnikiem Chrystusa znowu.

A stamtąd już ostatnie ruiny, jednocześnie największe - Sacsayhuaman – dawna świątynia, później forteca, bo tu odbyło się ostatnie - przegrane starcie Inków z Hiszpanami. Sacsayhuaman zburzono i wybudowano katedrę na głównym placu miasta.



Mój pobyt w Peru był tygodniowy - 2 dni na Titicaca, 3 na Cusco i 2 na Machu Picchu - czas wracać do Boliwii. Tam już próbowałam hamburgera z lamy, ale Peruwiańczycy zdecydowanie wolą mięso alpaki, więc to też spróbowałam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpisz swój e-mail - nie przegapisz wpisu :) / Follow by Email :) Don't miss a post!